Czekając na nową grę Jane Jensen
Blog > Komentarze do wpisu

O zbędnym liftingu i zwodniczym kulcie młodości

Jednak nadal lubię tę grę. Lubię ją tak bardzo, że znowu się dobrze bawiłam, pomimo niepotrzebnych "upiększeń" i zbędnego odmładzania. Jednym z największych przesądów współczesnej kultury jest przekonanie, że nowe jest lepsze od starego, a wszystko trzeba koniecznie przełożyć na język młodej publiczności. To zresztą temat na oddzielny wpis, a raczej na inny blog, który założę, jak się mocniej wkurzę.

Może dzięki temu, że najgorsze widziałam przed zagraniem, całość, a właściwie pierwsza połowa, wydała mi się... wcale nie taka tragiczna. Jest muzyka Roberta Holmesa, ostały się nawet resztki nastroju, choć pod tym względem remake raczej nie dorówna oryginałowi. Najbardziej wyrazistym przykładem są bębny. Pamiętam, że dawniej bardzo mnie ich odgłosy niepokoiły, nawet opóźniałam wejście do niektórych lokacji, by ich nie słyszeć. Teraz bębniarze wyglądają jakoś dziwacznie i trochę nie na miejscu (np. przed posterunkiem policji), a dźwięki przeszkadzają najwyżej dlatego, że są monotonne, a nie złowróżbne.



Jako że wcześniej udostępniono parę zrzutów ekranowych, strona graficzna i kolorystyka spotkały się już z krytyką, w pewnej mierze zasłużoną. Jestem jednak skłonna zaakceptować lekko "casualową" estetykę, gdyby tylko przepuścić kilka lokacji przez jakiś filtr "odśliczniający". Przede wszystkim przydałoby się to mojemu domostwu rezydencji Gedde. Trzeba jednak przyznać, że nawet jeśli oryginał wydaje się artystycznie ciekawszy, to wielką frajdę sprawia eksplorowanie znanych lokacji na nowo, gdy wreszcie widać, co tam w ogóle się znajduje. Jak bardzo to, co zobaczymy, nam się spodoba, to już inna sprawa.

Stara grafika z czasem stała się mało czytelna, ale po co ulepszać coś, co nadal brzmi świetnie? Dlatego największe opory budził we mnie pomysł nagrania na nowo dialogów. Okazuje się, że pod tym względem nie jest źle. Do ról głównego bohatera i narratorki wybrano aktorów o timbrze głosów zbliżonym do oryginału, którzy po prostu usiłują naśladować Virginię Capers i Tima Curry. Na początku odbierałam to jak parodię, ale dość szybko udało mi się przywyknąć. W każdym razie Gabryś lepiej brzmi niż wygląda. Niestety, te dwa elementy (głos i wygląd) stoją w dużej sprzeczności ze sobą (syndrom Davida Stylesa...).



I to właśnie przeszkadza najbardziej. Nie mogę się pogodzić z tym, jak przedstawiono głównych bohaterów, zwłaszcza w portretach. Twarz Gabriela to jakieś nieporozumienie: chłoptaś z boysbandu, bez wyrazu i seksapilu, żadnych śladów przeżyć i koszmarów czy choćby niewłaściwego prowadzenia się. Wygląda jak Dorian Gray z początku powieści, a zachowuje się, jakby już sporo nagrzeszył. Wypowiedzi Gabriela i jego nowy głos stanowią jedność, ale buzia cherubina nie pasuje do kompletu. Bardziej pociągający i przekonujący okazuje się Mosely, bo choć po liftingu wyprzystojniał, to wygląda na dojrzałego mężczyznę, a nie chłopca, którego cały czas mam ochotę strofować: dzieciaku, nawet nie wiesz, o czym mówisz...  

Malia z portretu (po prawej) to ładny, ale przeciętny pyszczek, pozbawiony tajemnicy i magnetycznego uroku. Czegoś takiego nie umieściłabym w swoim awatarze, więc pozostanę przy starym. Stara - tak, nie bójmy się tego słowa - Malia świetnie się trzyma; pozostaje dojrzalsza i bardziej zmysłowa. We wstawkach komiksowych pojawia się co prawda inna, ciekawsza twarz (to ją widać ją w filmiku), ale właśnie portret z dialogów będziemy oglądać najczęściej. Bo żeby ją pod wpływem krytyki zmienili na tym etapie, to raczej wątpię...



Sylwetka Malii jest bardzo... kształtnie wyrzeźbiona. Podejrzewam, że sugestywne krągłości mają nadrobić brak kociej drapieżności ruchów czy choćby zwierzęcego wdzięku Epiphany Proudfoot z Angel Heart. Skąd o tym wiem? Taką ją widziałam oczyma duszy, bo przecież w oryginale animacje były tak mało precyzyjne, że trzeba sobie było wiele dopowiedzieć w wyobraźni. W wyższej rozdzielczości to twórcy muszą się bardziej wykazać.

To tylko część wrażeń z wersji beta czterech pierwszych rozdziałów odrestaurowanego Gabriela Knighta. Ten wpis jest kolejnym świadectwem, że my, którzy znamy oryginał, nie potrafimy uciec od porównań. Trzeba jednak pamiętać, że przy takim podejściu remake skazany jest na porażkę, bo nigdy nie pokona Sins of the Fathers z naszych wspomnień. Może by dać mu szansę? Gdyby jego największym grzechem okazało się to, że nie dorównuje oryginałowi, to już byłby sukces.

Czekam na dalsze rozdziały z ciekawością i nadzieją, że nie zepsują zbyt wiele. 

piątek, 15 sierpnia 2014, tetelo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Elum, 31.133.22.*
2014/08/16 19:11:43
Najgorsze jest to, że każdy nowy remake jest przez graczy/internet jakby automatycznie traktowany jako coś lepszego, doskonalszego od pierwowzoru. Właściciele praw autorskich próbują zarobić tanim kosztem. Wiadomo, też mają rodziny, muszą z czegoś żyć. Ale gracze nie muszą się przecież na to godzić. Mam wrażenie, że gdy powstaje remake klasycznego filmu, statystyczny widz jest jednak nastawiony nieco bardziej sceptycznie. Tymczasem w przypadku gier jak na razie niepodzielnie rządzi ten bezkrytyczny hurraoptymizm. "Powstaje remake Monkey Island. Hurra! Powstaje remake Gabriela Knighta. Hurra! Powstaje remake The Last Express, będzie okrojony i krótszy od oryginału. Hurra, uwielbiam The Last Express!"
-
tetelo
2014/08/16 20:53:43
Gdyby remake "kasował" oryginał, to byłby problem, ale przecież dla koneserów pozostają jeszcze oryginalne wersje!
Do pewnego stopnia rozumiem ten entuzjazm i nadzieję na nowe życie dla czegoś, co kochamy, o ile nie sprowadza się do naiwnego przekonania, że w unowocześnionej grafice wszystko będzie piękniejsze.
Pamiętam, że w kwestii odnowienia Gabriela było sporo kontrowersji, ale wiele osób dało się przekonać argumentem, że remake GK1 zwiększa szanse na powstanie GK4. Ten cel uświęca wszelkie środki, to taki święty Graal naszego środowiska ;-)
A tak na marginesie, któż to jest "gracze/internet"? Paru krzykaczy na jednym czy drugim forum? Przyznaję, sama też się daję na to nabrać, ale musimy chyba sobie przypominać, że istnieją różne opinie, a najgłośniejsze czy naczęściej powtarzane wcale nie są najmądrzejsze - delikatnie mówiąc.
-
Gość: Elum, 31.133.22.*
2014/08/17 10:00:46
Bardzo fajnie, że remake zwiększa szanse na kontynuację serii. Szkoda tylko, że zawsze powstaje remake tej części, która najmniej tego potrzebuje. Wiem, że chodzi przede wszystkim o zainteresowanie serią młodego pokolenia graczy, a pierwsza część wydaje się do tego najlepsza. Ale czy nie lepszym pomysłem byłby remake GK3? Część trzecia już w momencie premiery prezentowała się bardzo skromnie od strony technicznej. Poza tym zgrabniej byłoby gdyby to cześć trzecia i czwarta, a nie pierwsza i czwarta, były zrealizowane w tym samym stylu graficznym i może nawet z tymi samymi aktorami. Myślę też, że wielu tzw. młodych graczy chętniej sięgnęłoby po GK4 po przejściu remake'u GK3, niż po remake'u GK1.

Gracze/internet to ta demokratyczna większość, której niestety słuchają twórcy gier.
-
tetelo
2014/08/17 11:58:52
Demokratyczna większość? Raczej jakaś jej żałosna parodia. Dotykasz zjawiska, które mną niedawno wstrząsnęło i coraz bardziej przeraża. Tzw. twórcy chyba naprawdę zaglądają na fora, czytają głupie komentarze na YT, sugerują się opiniami dzieciarni lub idiotów. No bo kto inny będzie się chwalił, jak szybko grę przeleciał?
Przecież to tylko szum informacyjny, trzeba umieć odrzucić z niego zbędne zakłócenia. A większość zapewne jest milcząca...