Czekając na nową grę Jane Jensen
Kategorie: Wszystkie | Czekając | Gabriel Knight | Gray Matter | O blogu
RSS
poniedziałek, 02 czerwca 2008

Co na temat Gray Matter da się wyłowić z wywiadu dla Adventure Gamers?


Jak zwykle pracę nad grą poprzedziły badania źródłowe; autorka czytała sporo, zwłaszcza na temat neurobiologii oraz iluzji. Zamierza przedstawić nieco "zakrzywioną" rzeczywistość, gdzie nie wszystko jest tym, czym się zdaje. Czekają nas liczne niespodzianki i zwroty akcji.

Na pytanie Jacka Allina, czy nad GM nie ciąży jakieś fatum (najpierw fiasko współpracy z TAC i anulowanie projektu, teraz zmiana dewelopera w połowie drogi) JJ ze stoickim spokojem odpowiada, że nie ma się czym przejmować, to są zwyczajne dzieje. Nie wchodząc w szczegóły, wydawca z deweloperem nie mogli się dogadać co do sposobu realizacji projektu. Teraz mamy nowego producenta i prężny zespół deweloperski, ale na konkretne efekty ich działań musimy jeszcze trochę poczekać.

Jak się współpracuje z zespołem z drugiej półkuli?
Rano Jane czyta emaile z projektami, próbkami, pytaniami, a po południu wysyła swoje uwagi, komentarze, odpowiedzi, z którymi jej europejscy współpracownicy zapoznają się następnego dnia. Pewnie, że czasem chciałoby się po prostu podejść do stolika kolegi i bezpośrednio omówić jakąś sprawę, ale praca na odległość staje się powoli normą. Podobnie podczas produkcji gier typu casual dla swojego rodzimego Oberona Jane właściwie nie wychodzi z domu, korzystając z własnego komputera.
Bariera językowa nie stanowi przeszkody, przynajmniej z punktu widzenia autorki, która porozumiewa się tylko po angielsku, więc pozostali starają się do niej dostosować.

A jaki wpływ na projekt mają ograniczenia finansowe? - podchwytliwie zagadnął Jackal, podejrzewając, że autorka nie ma już takiej swobody twórczej jak za czasów Sierry. Jane nie dała się złapać. Jakie znowu ograniczenia? Wydawca zamówił pełnowymiarową grę Jane Jensen, i taką dostanie.

Pani Jensen nie byłaby sobą, gdyby przy okazji nie próbowała zniechęcić wiernych fanów, z niżej podpisaną na czele. Poprzednio dostało się Mystom, a teraz padło na Umberto Eco. Nie wiedzieć czemu, wrzuciła go do jednego worka z Thomasem Pynchonem, zaliczając obydwu do grupy trudnych, nieprzystępnych pisarzy, których nikt nie czyta. Za to ona sama wdała się we współpracę z Jamesem Pattersonem, producentem wielkonakładowych potworków z literaturą nie mających wiele wspólnego (zdanie wyrobiłam sobie na podstawie jednej powieści, ale na więcej szkoda czasu).
"To reach an audience", "real people", "approachable" - te słowa klucze zdają się wyznaczać aktualne cele mojej (byłej?) idolki. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zacznie przepraszać za nieprzystępność i zagmatwanie Le Serpent Rouge. Dopóki tego nie robi, a nawet w najnowszym wywiadzie po raz kolejny uznaje go za swoją najbardziej udaną zagadkę - czekam dalej.